Czwartek, 8 stycznia 2009
Szukaj w Internecie
Szukaj w Polibuda.info
Polibuda.info » Sport i turystyka » Relacje z wyjazdów   
Drukuj
Sprawozdanie z Zerówki Elektryków, Chorawcja
8,20/10 głosów: 30 Oceń artykuł
Reportaże uczestników z wyjazdu Autorami całego sprawozdania są: Ewa Waryń, Kulawikowie i Marcowie, Adam Stolarczyk, Adam Ernest, Ewa Wojcieska, Michał Pac, Natalia Wiącek.


19 września, środa – DZIEŃ PIERWSZY - START
Zebraliśmy się o 10:30 przed Politechniką Warszawską. Gdyby nie to, że mieliśmy nadmiar bagażu, wsiadanie było by nawet sprawne. Ogólnie rzecz biorąc, luki bagażowe były za małe, a walizki za duże. Na szczęście kierowcy szybko rozwiązali ten problem, załadowali część bagaży do toalety (w tym mój..). Po zajęciu wszystkich miejsc organizatorzy bardzo czule nas przywitali. Longger wskazał wyjścia awaryjne.
W końcu ruszyliśmy, ALE daleko nie ujechaliśmy. W okolicach Okęcia policja zatrzymała nasz autokar do kontroli. Pół godziny czekania na drogówkę, pół na sprawdzenie.
Ok. 21:00 dojechaliśmy do przejścia granicznego w Cieszynie. Przed północą zatrzymaliśmy się na zakupy w Znojmo w sklepie bezcłowym.

20 września, czwartek – DZIEŃ DRUGI
O 7:30 przekroczyliśmy granicę słoweńską – chorwacką. Widoki z okien autokaru zapierały dech w piersi. Cieszyliśmy się, że niedługo dojedziemy do Tucepi. Niestety nie było nam to dane. O 11:00 autokar się popsuł. W trakcie 6-cio godzinnego postoju jeden z organizatorów, DUKAT, wymyślił zabawy integracyjne, graliśmy w PRĄD i PIF-PAW. Longger uczył nas tańczyć JUMPSTYLE-a. O 19:30 przyjechał drugi autokar. Po upływie niespełna godziny nasz środek transportu popsuł się ponownie. Około 24:00 dotarliśmy do Tucepi. Po zakwaterowaniu wybraliśmy się wszyscy na spacer brzegiem plaży.

21 września, piątek – DZIEŃ TRZECI
O 11:00 odbyło się spotkanie informacyjne. Dukat rozdał wszystkim wyjazdowo-integracyjno-rozpoznawcze koszulki swojego autorstwa. BRAWO! Potem poszliśmy na plażę. A teraz najciekawsze! Wpadliśmy na pomysł pójścia na plaże nudystów. Owy pomysł został przyjęty z ogromną aprobatą. Wróciliśmy około 18:00. Zjedliśmy pizzę w Mimozie. O 20:00 ciąg dalszy zabaw z PRĄDEM.

22 września, sobota – DZIEŃ CZWARTY
Matko! Jak ten czas leci! ;D
Dziś wielki dzień! Rejs statkiem.
O 9:00 wypłynęliśmy z portu z Tucepi. Podczas rejsu zostaliśmy poczęstowani miejscowymi specjałami. Przy akompaniamencie przedniej muzyki serwowanej przez kapitana Łuc, Bartek, Andrzej i ja zagraliśmy w debla, w warcaby. Za pionki posłużyły kubeczki wypełnione rakiją. Obowiązywała jedna zasada: ZBIJASZ – WYPIJASZ =D. A nasz kochany Erni zabawił się w kelnera i latał ze srebrną tacą. Po 2-óch godzinach dopłynęliśmy do malowniczej wyspy Hvar. W miejscowości Yelsa spędziliśmy godzinę na zwiedzanie dorobków kultury południowo-europejskiej. Po powrocie na statek czekał nas smaczny obiadek. Wędzona ryba z surówką, a dla wybrańców mięsko.
O 13:00 dopłynęliśmy do wyspy Brać. Wysiedliśmy w miasteczku Bol. 3 godziny spędziliśmy na plaży Zlato-Rog. Rejs powrotny trwał 2,5h.

23 września, niedziela – DZIEŃ CZWARTY
Kochane życie ;) Chorwacja jest super. Dzisiaj odbyło się spotkanie informacyjne dla studentów pierwszego roku, w tym dla mnie. Nie wiedziałem, że Politechnika Warszawska i Wydział Elektryczny są tak bogatymi strukturami. Dziś wiem, że dobrze wybrałem. Ba, spotkanie poruszyło bardzo szeroki wachlarz tematów – rozwiało wszytki moje wątpliwości, wiem co chcę robić po powrocie. Podziękowania należą się Maćkowi – Dukatowi i Michałowi – Longgerowi. Po za tym, to najlepsza wycieczka mojego życia! Czy są już prowadzone zapisy na za rok?
Pozdrawiam!

24 września, poniedziałek – Dzień Szósty – Rehabilitacja za zepsuty autokar
Jak każdego dnia wstaliśmy skoro świt – zegarek wskazywał 12:00. Po skonsumowaniu śniadania poszliśmy na Beach, czyli plażę. A tam.. opalanie, kąpanie, opalanie, kąpanie i tak w kółko. Nawet i to może się znudzić, więc poszliśmy na obiad. Już po 3 kawałkach ogromnej pizzy Jumbo mieliśmy dość i poszliśmy leżakować od domu.

Wchodząc do domu zobaczyliśmy leżący na łóżku plecak z akwalungiem, a z balkony dochodził „koński” śmiech. Ku naszemu zdziwieniu był to Longger. Przyszedł oczywiście na wyżerkę, zmęczony plażą nudystów i pełen chęci by pokazać nam opaleniznę. Gdy już się najadł zaproponował nam deser: puszkę brzoskwiń z Polski..

Gdy już pękaliśmy z nadmiaru jedzenia, wpadliśmy na pomysł pieszej wędrówki do Makarskiej. Po zapewnieniach Longger’a, że on na pewno wie jak tam dojść i po założeniu wygodnych butów wyruszyliśmy. Po drodze spotkaliśmy Erniego vel Stasiu, który powiadomił nas o imprezie w Blue Barze, który jak się potem okazało miał trochę inną nazwę..

No to poszliśmy z każdym krokiem robiło się coraz ciemniej, a my wchodziliśmy coraz wyżej i głębiej, ale nie bójcie się mieliśmy dwie latarki, z których ta Longgera ledwie świeciła – ach przygodo! Idąc wzdłuż wybrzeża, niewiadomo kiedy zgubiliśmy ścieżkę. Od tamtej pory padało tylko jedno pytanie – CZY TY WIESZ GDZIE IŚĆ?! Idąc po ostrych kamieniach przecinaliśmy sobie podeszwy, a nasze nogi krwawiły od ostrych krzaków. Nie to był żart – ale było ciężko.

Szczęśliwym trafem weszliśmy na szlak turystyczny, który prowadził do Makarskiej – odpoczęliśmy trochę na ławeczce, ale słysząc nadbiegającą leśną zwierzynę, szybko ruszyliśmy dalej. Po chwili naszym oczom ukazała się pięknie oświetlona Makarska (swoja drogą to naprawdę cudny widok).
- I co myślicie, że to koniec wędrówki?
- Ale nieeeeeeeeeeeeee!
- ……………………………………
Idąc wzdłuż wybrzeża i pytając kolejno napotkanych ludzi , ustaliliśmy, że wspomniany wcześniej przez Erniego bar ma teraz 3 nazwy: Big Blue, Bum Bar, aż w końcu Bubba Bar. Znalezienie go nie było łatwe. Gdyż każda kolejna osoba mówiła, że mamy do niego jakieś 100 metrów.
Po 2 i pół godzinie drogi doszliśmy w końcu do upragnionego Beach Baru. Nazywał się on… Bum Bar!!! Byliśmy załamani widząc rozstawione stoły, a za nimi studentów o średniej wieku 60 lat. Do tego, że to nie jest nasz upragniony Beach Bar przekonała nas muzyka country.
Dowiedzieliśmy się, że na końcu plaży jest ostatni Beach Bar i postanowiliśmy to sprawdzić. No i sprawdziliśmy. Owszem byli tam studenci z AZS-u, ale tak po za tym miejsce nie przypadło nam do gustu. Po wypiciu jednego piwa (cena 10 kun za 0,5l) postanowiliśmy wrócić. Zmierzaliśmy do Centrum Makarskiej by złapać taksówkę. Po drodze nie mogliśmy się oprzeć wcześniej mijanemu Bum Barowi (ten z country) – zaczęliśmy tańczyć oberka. DALIŚMY TAKIEGO CZADU, ŻE ŻEGANALI NAS BRAWAMI ;) – tylko tak bawi się Zerówka. Dotarliśmy do Centrum i zaczęło się polowanie na taksówkę. A tak w ogóle to było nas pięcioro: Anka, Marcin, Long – Big Robak, Kasia i Mati. Podczas drogi wielokrotnie negocjowaliśmy cenę. Gdy dotarliśmy na miejsce taksówkarz nie dał się okantować Polakom.

25 września, wtorek – RAFTING
Dzisiejszy dzień zaczęliśmy jak zawsze intensywnie i wcześnie rano. Na tę wprawę, łącznie ze mną, czekało wiele osób. Pojechaliśmy w górę rzeki na rafting. Rafting trwał ok. 3h, przez ten czas było kilka BOMB, czyli troszkę adrenaliny, reszta to przyjemne wiosłowanie przy śpiewie, ochlapywanie się górską, pioruńsko zimną wodą. Był tylko kłopot z wiosłowaniem, niektórzy po wczorajszych balangach nie mieli siły wiosłować. Skiper po przekrwionych oczach od razu zauważył, że będzie ciężko. Świetnym pomysłem, okazały się skoki ze skał do rzeki, ale niektórym brakowało odwagi. Na Konic raftingu była orzechówka i tak pożegnaliśmy się ze Skiperami. Wróciliśmy do Tucepi z drobnymi stratami – wszystkie podręczne rzeczy zostawiliśmy w rzece.
Wyjazd fajny i Pan z szarego pontonu o i imieniu Zara, oraz jego obcisłe rajtki – tego się nie zapomni.

27 września, wtorek – Dubrownik
Jak zwykle super ekstra punktualni ruszyliśmy w koleją super ekstra wyprawę w stronę Dubrownika. Niestety był jeden malutki mankament, który popsuł nam nastrój do zwiedzania tej pięknej miejscowości – cały dzień padał deszcz! Po dojeździe na miejsce, tylko fakt, ze kierowca zamknął autokar – zmusiło nas do wyjścia na zewnątrz. Aczkolwiek każdy z nasz sobie jakoś poradził.. Szczęście w pobliżu buł supermarket, który każdy z nas zwiedził od podszewki (rekord 3h w supermarkecie).

W zawodnym poszukiwaniu parasolki i płaszczu przeciwdeszczowego ruszyliśmy autobusem podmiejskim do Centrum. Niestety tam, też padało więc schowaliśmy się pod deck mini sklepu. Oczywiście w stylu „Chińczyków pod Arkadią”, ja Erni, stwierdziłem iż musimy cyknąć kilka fotek pod sklepem i udowodnić znajomym, że byłem w Dubrowniku. Także przemoczeni, zrezygnowani z wielką radością wróciliśmy do naszego ukochanego kierowcy, który służył nam swoim cieplutkim i suchutkim autobusikiem.

29 września, wtorek – MOSTAR
Droga do Bośni i Hercegowiny to prawie 2 i pół godzinny krętą i wąską drogą. To sprawdzenie możliwości dwuśladu, ale też liczne okrzyki strachu wrażliwych pasażerów. Granica. Jesteśmy, krajobraz biedy i nędzy. Jedziemy do wodospadów. Nasz mały EDEN. Odważni skaczą ze skał. Mokrzy i szczęśliwi wracamy do, naszego nagrzanego promykami słońca, autokaru. Docieramy do Pocitejl – kusi nas swoim bizantyjskim czarem. Jest pięknie… drobne uliczki, setki schodów. Panie roznoszą owoce w wiklinowych koszach. Tak. O 14:00 puszkują nas znowu, jedziemy dalej. Celem podróży jest Mostar. To miasto jest widocznym i trwałym pomnikiem wojny. Mostar pełen nowoczesności wciąż leczy rany po kulach. Przykry widok, jakiego nigdzie indziej się nie zobaczy. I tak... 2,5 godziny pozwalają zbliżyć się do tego miasta ale nie je poznać. Droga powrotna szybko mija, większość śpi. Po około 3 godzinach jesteśmy w Tucepi. Nie ma czasu na odpoczynek. Wbijamy się do naszego Beach Baru – Balatura. Wszędzie my – POLIBUDA. A jak kto się bawił nie trzeba pisać.

28 września, środa – IMOSTKI
Elo!!
Dziś kolejny dzień wycieczki… Kto policzy który, ten mocny. Zaraz z rańca, jak to zwykle bywa wyruszyliśmy na koleją wycieczkę. Imostki i jeziora kolorowe. Podróż nie była długa. Po dojechaniu trzeba było iść do Wody Numer 1. Do niebieskiej wody było, z buta, jakieś 10 minut... Woda na nasze przywitanie zzieleniała. Z tego co widziałem nie było tak hardych, żeby się tam wykąpać (choć mogę się mylić Erni wrócił bez koszulki, ach ta jego soczysta klata.., nawet Long nie zawalecił). Widok był niezły. Wejście pod górkę jak się okazało było bardziej pod górkę niż z górki, ale w japoneczkach też da radę. Kolejne 15 minut człapania do krwisto czerwonej wody. Jak na mój gust skałki były tam wypasione, ale w celach dydaktycznych powiem, że woda miała kozacko, krwisto czerwony kolor – kto nie widział ten powinien pójść z buta to sprawdzić. Potem powrót .. zakupy .. lody .. i do autokaru, zgadnijcie co się stało… Zepsuł się? NO ;D Ale w ramach rekompensaty kierowca puścił mistrzowskie hity, których i tak nikt nie chciał śpiewać, po za mną i koleżanką. Ogólnie wycieczka była prawie udana, ale jak przystało na 3 autokar… prawie robi wielką różnicę.
Wieczorem ostatni przed-powrotny balet. Miejmy nadzieję, że jeszcze się ogarniemy po powrocie

29,30 września – 1 października, sobota, niedziela, poniedziałek – DROGA POWROTNA
Jedziemy… Nic się nie dzieje… Jedziemy, ale ile można. Jak na mój gust to przydałby się jakiś ośmiogodzinny postój. Ale wszystko w swoim czasie. Może na następnym przystanku ponacinamy paski rozrządu lub dolejemy jakiegoś specjału do baku, a co autokar też naszym przyjacielem, żeby żyć musi pić. Ok., ale przejdźmy do rzeczy. Celem ostatniego dnia naszej wycieczki jest Budapeszt. Jedziemy dalej, z peletonu odpadł już jeden autokar. Nasze serca radują się, bo my nieustannie gnamy naszą białą strzałą przez opustoszałe węgierskie pola. Przyświeca nam jeden cel – stolica, ale jeszcze nie ta polska. Z nudów obserwuję co ciekawego poczynają ambitni studenci… Większość po prostu ambitnie śpi, ale nie Ernest. On dla odmiany czyta przewodnik po Budapeszcie chcąc się dowiedzieć, gdzie znajdzie Tesco. W końcu po dość męczącej podróży jesteśmy w Budapeszcie. I jak to bywa od razu mały problem. Pacu zaczyna cierpieć z powodu nagłego przyrostu prawego bicepsa. Koszulka zaczyna mu pękać w szwach, więc do karetki i na sygnale do szpitala z organizatorem Dukatem. Lekarze doszli do wniosku, że nasz przyjaciel poprzedniego wieczoru wypił za dużo rakii, która okazała się męskim hormonem wzrostu. Resztą ekipy zaopiekował się Longger, który wczuwając się w rolę przewodnika opracował plan wycieczki, którym kierowała idea: ‘idziemy tam gdzie są ładne widoczki’. I rzeczywiście po pokonaniu kilkuset schodków zobaczyliśmy piękny widok na Dunaj. Do tego piękna pogoda i masa ludzi biegających po bulwarze. Kilka przystanków na fotki i docieramy do centrum Budapesztu. Niestety cała ekipa była już zmęczona i zdenerwowana z powodu braku forintów na płatną toaletę. Nie pozostało nic innego jak podążać za drogowskazami do McDonalda. A tam wiadomo zjeść można i siusiu zrobić. Małe zamieszanie na kasie w wykonaniu Maćka, który uporczywie próbował zamówić osiem cheeseburgerów uporczywie powtarzając „eight” podczas gdy ekspedientka wmawiała mu, że jeden cheeseburger to to samo co osiem. Ah te Węgry… Dziwny kraj. Aż serce boli, gdy patrzy się na cenę piwa – 600 sztabek złota potocznie nazywanych forintami. Szybki powrót na drugą stronę rzeki do autokaru i kolejny zonk. Nie ma trzech kobitek, które zabalowały z węgierskimi chłopami. Ruszamy, niestety był to już ostatni taki postój. Teraz już tylko Warszaw i powrót do szarej rzeczywistości. Strasznie smutno, niesamowity wyjazd do Tucepi powoli dobiega końca… Jest co wspominać…

Wszyscy zerówkowicze dotarli na inaugurację roku akademickiego.

Wybrane opinie uczestników z Księgi Pamiątkowej:
Martin:
"super wyjazd, czas bardzo szybko zleciał..."
Marta:
"z przyjemnością dołączam sie do tych wszystkich podziękowań i oklasków!!! :-) Jestem pod wielkim wrażeniem całego wyjazdu i na pewno powtórzyłabym go, gdybym miała taka możliwość! To jedne z najbardziej udanych i niezapomnianych wakacji, głownie dzięki Chorwacji i Wam wszystkim!!
Dziękuje z całego serrrca!!! :-)"
Playster:
"było super, jestem pełen podziwu dla organizatorów, że pomimo trudności daliście sobie radę:) Z Wami zawsze pojadę w ciemno bo wiem, że nawet w przypadku kłopotów jakoś dostarczycie nas do domów:) Wielkie dzięki"
Ania:
"Generalnie na wstępie chciałabym serdecznie podziękować przede wszystkim organizatorom za to co dla nas zrobiliście, za cały wkład w organizację wycieczki , poświęcenie i zabawę, uśmiech na twarzy i dobre słowo... bez Was ten wyjazd by sie nie udał;) hihi...
Poza dziękuje wszystkim zapoznanym ludziom... nie ma to jak studenckie imprezy ;P
Klimat chorwacki (krajobrazy, widoki itp. Itd.) jest niesamowity. Gorąco polecam.. :D Szczerze mówiąc teraz nie wiem co mam odpowiedzieć, gdy ktoś zapyta mnie: A jak jest w Chorwacji?...;)hi hi"
Asia:
"było cudnie, ciężko wrócić do rzeczywistości"
Oceń artykuł
8,20/10 głosów: 30
Autor: Michał Urbanowski dnia: 06.10.2007 [16:15]
Dodaj do: Dodaj do Google Bookmarks Dodaj do Wykop.pl Dodaj do del.icio.us Dodaj do gwar.pl


komentarze (0)

Twój komentarz może być pierwszy.

Dodaj nowy komentarz

Jesteś niezalogowany. Zaloguj się, jeśli nie chcesz aby komentarz był anonimowy.



Zwiększ wysokość pola Zmniejsz wysokość pola

(opcjonalnie)
2 + 9 plus trzy =
38.103.63.* - w takiej postaci pojawi się Twoje IP, gdy jesteś niezalogowany

* zabezpieczenie antyspamowe (dla niezalogowanych użytkowników)

Dodawanie komentarzy:
Użyj [http://www.polibuda.info] lub [http://www.polibuda.info|opis] przy wstawianiu odsyłaczy..
Tagi HTML są zablokowane.